Najprawdopodobniej nie pojadę w tym roku na Mount Everest Marathon. Jeszcze nie teraz. Cel drogi nadal daleko. Ale jak pisał Hemingway

Dobrze jest znać cel swojej podróży, lecz najważniejsza jest właśnie podróż, nie cel

I przekonuję się o tym codziennie. Codziennie bardziej.

Bo zmieniam dietę, by lepiej się przygotować. Bo postanowiłem nieco zwolnić ze wszystkim – by mieć więcej czasu na tą podróż. Bo biegam po schodach by budować siłę biegową. I kiedyś na takim treningu rzuciłem pomysł by wbiec na Everest – na 8850m.

I dwa dni temu wbiegłem. Ale nie to okazało się najważniejsze. Fajnie wbiec, fajnie skatować się przez 18h łażeniem po schodach. Fajnie pocić się jak kot co 16 minut. Fajnie po tych 18 h wziąć prysznic. Fajnie było spalić jakieś 15 000 kalorii.

10933966_10203558020014624_269502571557997644_n

Ale fajniej było poznać tylu fajnych ludzi – organizatorów, wolontariuszy ale i biegaczy – mała klatka, kolejki do wind – sprawiły, że na Marriott Everest Run poznałem tak wielu fajnych ludzi jak nigdy, na żadnym biegu!

Fajnie było obserwować (bo jako pomysłodawca byłem uczestnikiem (nieco wirtualnym) przygotowań do biegu) jak w 3 miesiące od zera powstaje tak fajny event.

W tym miejscu muszę zrobić 2 rzeczy – podziękować wszystkim, którzy najpierw podchwycili pomysł a potem musieli włożyć masę pracy w jego realizację! DZIĘKI!

A po drugie trzeba przyznać, że organizacja była na najwyższym poziomie. Od A do Z. Mimo, że czasami trzeba było stać 20 minut w kolejce do windy (myślę, że tylko to sprawiło, że aż tyle osób ukończyło bieg na szczycie). Tyle rzeczy mogło pójść nie tak, tyle rzeczy poszło nie tak, a mimo wszystko z perspektywy uczestnika wszystko było extra! Zaczynając od kwestii organizacyjnych na obsłudze medialnej kończąc! Gratulacje! Pełen szacun! Widziałem już tyle biegów i ten był naprawdę świetnie ogarnięty!

No i ta atmosfera. To był chyba najprzyjemniejszy bieg w moim życiu. Na pewno jeśli chodzi o aspekt relacji międzyludzkich. Może przyjemniej było oglądać świt na grani Tatr lub kluczyć nocą po Kieratowych bezdrożach ale tak fantastyczna atmosfera zdarza się niezwykle rzadko (nie, że nigdy – kto bywa np. na Maratonie Gór Stołowych to wie!). Może po prostu jest jakaś wspólnota wśród ludzi, którzy dobrowolnie chcą się skatować na nieco ponad metrowej szerokości klatce schodowej. Ktoś rzucił przed biegiem „trzeba nie mieć mózgu” i coś w tym jest!

I mimo, że ten upragniony bieg u stóp Everestu nadal przede mną, to droga do niego okazuje się być fantastyczną przygodą. Udało się doświadczyć Marriott Everest Run, udało się poznać extra ludzi, dobrze się bawić, wejść na 8850m. Co jeszcze się uda? Co jeszcze przede mną?

A już sobotę ZAMIEĆ czyli 24h biegania na Skrzyczne!

Uwielbiam tą podróż!